untitled-scanned-42
Kuzyn Łukasz, ja i sostra Ola. Lato 1987.
untitled-scanned-41
Lato 1984. Łąka na wsi, przed domem. Łukasz trzyma mnie, trzymiesięczną, obok siostra Ola.
untitled-scanned-67
Lato 1988. Zamek w Rogóźnie. Mama, ja, ciocia Mariolka, Adaś, Ola i Łukasz.
untitled-scanned-65
Lato 1984. Łąka przed domem, Łukasz, siostra Ola i ja, 3 miesięczna.
untitled-scanned-64
Z moją piękną mamą.
untitled-scanned-61
Zima, prawdopodobnie 1988.
untitled-scanned-59
Siostra Ola, ja, kuzyn Łukasz.
untitled-scanned-58
1984. Lato, ja z mamą.
untitled-scanned-56
Kwiecień 1984. Kilkutygodniowa ja w mamy rękach.
untitled-scanned-50
Boże Narodzenie 1984. Ola, ja i Łukasz.
untitled-scanned-49
Ja, 9-miesięczna z siostrą Olą (3 lata).
untitled-scanned-46
Ja, Ola i mama. Wycieczka do Iławy.
untitled-scanned-38
Ola.
untitled-scanned-37
Lato 1984. Ola i Łukasz przed domem.
untitled-scanned-36
Ola. Piżama, kot, gotowa do snu:)
untitled-scanned-35
Mama plecie wianki z mleczy.
untitled-scanned-24
1984. Ola. Kot, kot…
untitled-scanned-15
Z ciocią.
untitled-scanned-11
Przed domem.
untitled-scanned-02
Moja mama i siostra zimą.

Gdy wczoraj mój starszy, 5-letni syn powiedział, że nie chce być nigdy dorosły, bo dorośli są nudni, mają dużo zajęć, pracę i nie lubią się bawić…zastanawiałam się gdy zasnął, co będzie pamiętał ze swojego dzieciństwa. Czy uzna je za szczęśliwe? Co sprawia, że tak czujemy? Jak poznać tą tajemnicę? I jaki będzie miał obraz rodziców? Czy wiecznie zapracowanych, czy zapamięta te beztroskie chwile dzikiej zabawy…?
Bo wiemy, że nie ilość zabawek i atrakcji, piękny pokoik, częste wycieczki dają nam długotrwałe szczęście. Chłopcy niekiedy cieszą się czymś tak nieoczywistym, jak zabawa kijkiem, pustą butelką. Lubią obcowanie z przyrodą. Lubią siebie, kochają się, choć czasem są bójki, to bez buziaka od siebie na dobranoc czy w przedszkolu nie da rady. Uwielbiają biesiady, lubią, gdy jedziemy na weekend do znajomych, lubią poznawać nowe kąty, chodzić później niż zwykle spać, czytać nowe bajki…Są szczęśliwi w morzu, jeziorze, w basenie i wannie. Kochają wodę.

Myślałam ostatnio o swoim dzieciństwie. O tym, że pamiętam je bardzo szczęśliwie. Zanim tata wybudował dom na Mazurach, mieszkałam pierwsze 6 lat swojego życia w małym, szarym domku w głębokiej wsi, gdzie sąsiad co 1-2 km, rozległe pola zbóż i kukurydzy. Do sklepiku po chleb szliśmy 3 km. Do przedszkola jeździłam o świcie do pobliskiej większej miejscowości. Jeśli była ładna pogoda szłam 2,5 km z siostrą Olą za rękę, ja do zerówki, ona do trzeciej klasy, przez pola, potem ulicę, górkę i po jakimś czasie dochodziłyśmy (zwykle z potłuczonym kubeczkiem do kawy inki). Ola czekała, aż ja skończę zajęcia, lub ja czekałam w ławce, aż Ona skończy lekcje, i wracałyśmy zawsze razem, wymyślając piosenki. Gdy było zimno, lub padał deszcz jeździłyśmy do przedszkola…na wozie jadącym do mleczarni, kucając między kankami z świeżym mlekiem, wraz z innymi dziećmi. Słuchając rytmicznego dzwonienia stukających się o siebie kanek. Głowa czasami leciała, tak ta muzyka nas usypiała. Pierwsze samochody już były we wsi, ale nikt nie miał czasu na wożenie dzieci do szkół. Ludzie ciężko pracowali. Ale ten wóz na kanki był przecież super:)
Dom mój, z kozą do grzania w rogu, bez łazienki, bieżącej wody, z toaletą na dworze, wydawał mi się być pięknym i ciepłym domem, zawsze pachnącym dobrym obiadem. Nie czułam biedy. Każdy z rodzeństwa miał jedną swoją półkę na prlowskim regale, a na regale swoje skarby. Jedna szmaciana lalka, duża lalka Bolka od Lolka, kilka ludzików, woskowa rzeźba z wróżenia andrzejkowego (wyszedł mi Lew!), kilka książeczek, elementarz. Kamyki, muszelka. Spaliśmy w trójkę w jednym pokoju. Nie wiedziałam, co to nuda. Mieliśmy sporo kotów, z którymi bawiliśmy się w deszczowe dni, strych pełen skarbów. Potrafiłam bawić się z bratem godzinami w wymyślone gry. Gdy było ciepło, mama widziała nas tylko na posiłki, na które długo wołała z progu. Biegaliśmy po polach, nas strumyk, kładliśmy się koło krów, maczaliśmy kije w krowich plackach i goniliśmy się tymi kijami. Jedliśmy maliny, porzeczki prosto z krzaczka, a gdy wieczorem ciocia doiła krowę, podsuwaliśmy metalowy garnuszek pod wymię i piliśmy takie spienione mleko (trudno mi sobie nawet to teraz wyobrazić:). Czasami dostaliśmy krowim ogonem po twarzy. Było dużo śmiechu. Nikt się nad nami nie rozczulał. Gdy gęś uszczypała z pupę, Pani Sarnowska tylko gromko się śmiała. A potem wołała na ciepły placek lub wielką kromę chleba pieczonego na wielkiej blasze. Nie pamiętam, by mama się ze mną bawiła. Byśmy mieli regularnie czytane książki (w ogóle nie pamiętam czytania książek). Jeśli chciałam bajkę, czytała mi Ola, albo Adaś, który płynnie czytał jako 5-latek. Mieliśmy marzenia, które czasem się spełniały, czasem nie. Marzyłam o lalce bobasie z ciemną skórą. Widziałam taką w niemieckim katalogu bon prixa. Dostałam dużego bobasa, tylko jeden model dostępny był w sklepie. Gdy była dostawa mama pojechała do miasta po niego, zostawiając nas u Pani Sarnowskiej. Wróciła z jednym, nie było więcej. Bawiłyśmy się z nim na zmianę.
Wiem, że rodzicom było ciężko. Że brakowało pieniędzy, że byli zrezygnowani decyzją odmowną o kredycie na dom. Że nie chcieli mieszkać na wsi, brać wodę ze studni. Tata, syn dyrektora szkoły, polonisty i nauczycielki geografii w Grudziądzu. Zaciskał zęby i pracował. Jeździł motorkiem na budowę i budował. Cegła, po cegle. Sam i z przyjaciółmi.
Nie pamiętam biedy. Pamiętam szczęście, choć miałam tak niewiele. I tak wiele. Zdrowie, rodziców, rodzeństwo i przyrodę.